Złapać chwilę oddechu
Codzienność
Czas… nieubłaganie płynie. Według mnie leci jak szalony. Od mojego pierwszego wpisu na tym blogu wczoraj minęło…. 9 miesięcy.
Taaak… magiczne 9 miesięcy, na które większość z nas czeka – choć ciąża podobno trwa 10 😉 10 miesięcy księżycowych (po 28 dni), czyli 9 miesięcy kalendarzowych, zatem wracamy do punktu wyjścia 😛 Gdybym zaczęła pisać wraz z początkiem ciąży, właśnie mogłabym witać potomka na świecie. No ale tak nie było, a przez te 9 miesięcy także ani razu nie udało mi się w ciąże zajść. Szczerze to chyba zaczynając pisać, jeszcze wierzyłam, że aż tak długo to nie potrwa. W tym momencie, wiem że zakładanie czegokolwiek nie ma sensu. A ten stan rzeczy może tak wyglądać jeszcze przez długi czas lub nigdy się nie zmienić.
Po tym jakimś refleksyjnym wstępie czas przejść do konkretów. Co się działo u mnie przez ostatnie dwa tygodnie?
Ostatni post dotyczył problemu łóżkowego i ogólnie ujmując problemów w małżeństwie. Zanim się dogadaliśmy z mężem, wylałam trochę łez, w mojej głowie kotłowały się różne myśli. Ale bez rozmowy niczego byśmy nie załatwili. Wiem, że mąż czuje się wykorzystany w celach prokreacyjnych, a poza tym odtrącony. Potrzebny tylko w dni płodne. To straszne że w ogóle tak o tym pomyślał i że może rzeczywiście tak to wyglądało! Starania o dziecko mają być nasze, wspólne, wynikające z miłości. Związek w tym szczególnie trudnym czasie wymaga pracy z obu stron. Mam nadzieję, że te kryzysy pomogą nam przetrwać, a dzięki rozmowie i wyjaśnieniu problemu będziemy wzajemnie się wspierać. To nie jest wina jedynie moja, czy tylko jego. Oboje mamy uczucia i każdy przeżywa to na swój sposób. Gdy nie będziemy ze sobą rozmawiać nie dowiemy się co myśli druga osoba, jakie przeżywa emocje, co skrywa w środku. Mam nadzieję, że jesteśmy już na prostej…
Pisząc post pt. „Szpilka w serce” , pisałam o ciąży żony kuzyna mojego męża, która w tamtym momencie bardzo mnie zabolała. I od tamtej pory także minęło sporo czasu. Aż tyle, że niedawno maluszek pojawił się na świecie. A co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Mój mąż został poproszony na Ojca Chrzestnego. Na wieści o ciążach innych osób czy rodzeniem się dzieci wszędzie dookoła zobojętniałam już chyba na tyle, że nawet przyjęłam tą wiadomość ze spokojem. Choć wiedziałam, że te chrzciny raczej nie będą moją ulubioną imprezą rodzinną. Na szczęście już były – i minęły. Próbowałam się „zarazić” tym małym noworodkiem, ale chyba mi jakoś nie poszło. 😉 Na szczęście obyło się też bez pytań w stylu „a kiedy Wy?”, „Wasza pora” itp. Pojawiło się jakieś tam jedno hasło o dzieciach, na które odpowiedziałam tylko: „Jak Bóg da” i ucięła się ta rozmowa.
Nowy lekarz – Pani ginekolog
Miesiąc temu zapisałam się do nowego lekarza – nowej pani ginekolog, która pracuje również w klinice niepłodności. Idąc nie spodziewałam się rewelacji. I w zasadzie tak też było. Wizyta trwała jakieś 20 minut – moim zdaniem nie za wiele jak na pierwszą wizytę, gdzie trzeba zerknąć na wyniki badań, usłyszeć historię pacjentki i zrobić badanie. Zaniosłam pani doktor wydrukowaną moją historię w wielkim skrócie, a także wszystkie dotychczasowe wyniki i opisy jakie miałam. I jakie wnioski? AMH super, tarczyca wyregulowana, jajniczki piękne, owulacje są, wszystko w porządku. Więc jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi… o endometriozę, rzecz jasna. Po takich badaniach, diagnostyce i leczeniu pani doktor zasugerowała to co przewidywałam że usłyszę: INSEMINACJA. Niestety ja nie do końca jestem do niej przekonana. Ani do nowej pani doktor. Niby była miła, ale.. nie była moim dotychczasowym lekarzem 😛 Miałam zastanowić się co dalej, jeśli IUI to zleci podstawowe badania, najpierw pierwsze trzy (badania do pierwszej insemki są ważne 3 miesiące), oczywiście wszystko płatne. Mam zgłosić się w 14dc, żeby na naturalnym cyklu pani doktor sprawdziła jak to wygląda. Teraz też wiem, że na inseminację się jeszcze nie zdecydujemy. Ja muszę odetchnąć. Odpocząć od tego zamieszania wokół starań. Moja głowa nie jest jeszcze gotowa na ten krok. Nawet ciężko wytłumaczyć dlaczego. Po prostu jeszcze nie teraz. Może za miesiąc, może za dwa, może po wakacjach. Nie wiem. Myślę, że w odpowiednim momencie decyzja sama przyjdzie. Pójdę teraz na wizytę, aby zostawić sobie „otwartą furtkę”, ale na razie z pomocy tej pani doktor jeszcze nie skorzystam. Międzyczasie chcę wybrać się do mojego ulubionego lekarza, który obiecał, że jeśli będzie mógł to niektóre badania zleci na NFZ! A nie jak mówiła ta, że wszystko odpłatnie…
Dzień po wizycie przyszła @. Kolejna. Ale akurat tego w tym miesiącu byłam pewna. Obecnie 4 dzień cyklu. W tym miesiącu chce spróbować wyluzować, uwolnić głowę, nie złościć się, bo ♥♥♥ nie w te dni. Chcę tak po prostu, normalnie żyć. Czy jednak jest to w ogóle możliwe?



Dodaj komentarz