Witaj Nowy Roku – witaj 12 cyklu!
Codzienność
Tydzień temu przywitaliśmy Nowy Rok. Ja przywitałam go wraz z mężem i … długo wyczekiwaną @@@ !
Ale na chwilę wróćmy jeszcze do 2016….
Mój (jak do tej pory) najdłuższy w życiu cykl był spowodowany braniem tabletek na endometriozę Visanne, które miały też wyciszyć moje jajniki – gdyż potrzebowałam przerwy w staraniach. Jeśli staracie się dłuższy czas na pewno wiecie, że z każdym miesiącem wcale nie jest łatwiej. To znaczy niby jest, bo już jesteśmy wprawione w boju, aczkolwiek frustracja czasem sięga zenitu. Czasem chce się rzucić wszystkie tabletki, termometr i testy. I ja tak miałam – potrzebowałam chwili oddechu.
Mój cykl rozpoczął się 4 listopada 2016. Przez 28 dni brałam tabletki, a potem kolejne 30 dni czekałam na okres. 19 grudnia byłam umówiona z doktorem na USG, by zobaczył co jest grane. Pooglądał i stwierdził, że przepisze mi Duphaston, czyli syntetyczny progesteron na wywołanie miesiączki. Kazał go brać przez 7 dni, następnie odstawić i czekać na okres. Zadowolona, że już będzie z górki, że za kilka dni przywitam się z fr@ncą pojechałam do domu rodzinnego na święta. Byłam przekonana, że okres pojawi się już w trakcie brania Duphastonu, bo często plamienie pojawiało się u mnie już przed planowanym terminem odstawienia. 26 grudnia wzięłam ostatnią, siódmą tabletkę. Na wkładce czyściutko, żadnych objawów zbliżającego się okresu. Przeczekałam tak cały tydzień.
Z powodu braku większej cierpliwości 30 grudnia zadzwoniłam do ginekologa po raz kolejny. I znów wizyta z USG, tylko tym razem na dyżurze w szpitalu. Endometrium wynosiło 12,5mm. Lekarz stwierdził, że okres przyjdzie, nakaz: cierpliwie czekać. Nie powiedział, że widać go tuż za rogiem, zatem wróciłam z tej wizyty z ogólną niewiedzą, w sumie taką samą jak wcześniej. Nie dowiedziałam się z niej za wiele. Czekać to czekać.
Następnego dnia, czyli 31 grudnia w Sylwestra, na wkładcę zobaczyłam niewielkie brązowe plamienie. Chyba nigdy plamienie nie sprawiło mi tyle radości 😉 pomyślałam że fr@nca się zbliża, ale nie zapeszajmy…. Jednak tak faktycznie się stało! 1 stycznia, dokładnie w Nowy Rok, ledwo co wstałam z łóżka i się pojawiła! Niezłą datę sobie wybrała. Ale wreszcie się doczekałam. Wreszcie możemy zacząć działać! 🙂 Bo czuje, że już odetchnęłam, chce znów wracać do gry – wracać do walki!
Nowy Rok, nowy lek, nowa nadzieja!
Zatem wraz z nadejściem 12 cyklu starań miałam rozpocząć nowy lek o nazwie Aromek. Zawiera on letrozol i działa podobnie jak mój poprzedni wspomagacz owulacji – Clostilbegyt. Doktor zmienił mi też dawkowanie, tym razem od 3 do 7 dnia cyklu (Clo brałam 3 razy, zawsze od 5 do 9dc).
aaa…. pamiętacie może, jak bardzo nie chciałam, żeby monitoring owulacji wypadł mi w święta, bo się wtedy nie odbędzie? Stało się jak chciałam, ominęłam świąteczny okres. Zatem teraz ze spokojem i pewnością, zadzwoniłam do ginekologa w czwartek, 05.01, by zapytać czy lepiej przyjść w dziewiątym czy jedenastym dniu cyklu. I co? Co usłyszałam? „Cały przyszły tydzień mnie nie ma, wyjeżdżam na urlop”. No masz Ci los. Jak nie urok, to… wiecie co! Znowu moje plany legły w gruzach. Monitoringu nie będzie.
Miałam jeszcze zadzwonić 7 stycznia w sobotę, bo być może doktorowi uda się podjechać do gabinetu, żeby zrobić mi USG. Choć będzie to dopiero siódmy dzień cyklu. Na szczęście udało nam się umówić. I choć wiedziałam że 7dc to za wcześnie, to byłam jakoś spokojniejsza, że zerknie co tam się dzieje. Okazało się, że jest kilka małych pęcherzyków na prawym jajniku, ale żaden nie wygląda na dominujący. To nic straconego, bo mają jeszcze czas by podrosnąć. Jednak lekarza akurat w tym tygodniu nie będzie. Pomyślałam, no już trudno, będziemy działać ❤❤❤ i niech się dzieje wola nieba. Jednak w trakcie rozmowy dr P. spytał czy poszłabym do kogoś innego, gdyby mi załatwił. Zadzwonił przy mnie do kolegi i mam przyjść w środę (11.01) na dyżur do szpitala do tego kolegi. To będzie 11dc więc wtedy powinno już coś się dziać – przede wszystkim powinno być widać pęcherzyk dominujący.
Ta sobotnia wizyta była bardzo spokojna i przyjemna. W końcu to była moja zupełnie prywatna wizyta, bo normalnie lekarz tego dnia nie przyjmuje. Byłam jedną – jedyną pacjentką, więc nikomu się nigdzie nie spieszyło. Po moim telefonie, gdy dowiedziałam się, że doktor jedzie na urlop byłam przygnębiona, może wręcz na niego obrażona 😀 bo jak pan doktor może, akurat gdy ja potrzebuje 😛 ale po spotkaniu z nim, kiedy załatwił mi monitoring owulacji u swojego kolegi pomyślałam, że jednak dba o swoje pacjentki i stara się im pomóc. Nadal podtrzymuje zdanie, że jest dobrym lekarzem, a przede wszystkim chyba dobrym człowiekiem.
Jaki morał z tej historii?
- Nie planuj i nie zakładaj zbyt wiele.
- Nie trać nadziei.



Dodaj komentarz