Szpitalne przygody
Codzienność
Witam witam! Po dłuższej nieobecności – jestem! Do świata żywych wróciłam dość szybko, ale czas rekonwalescencji mi się wydłużył 😉 Zatem w tym odcinku moich przygód okres od przyjęcia do szpitala do czasu kwalifikacji do operacji. Zapraszam do lektury!
Wstępny plan zakładał, że 3 marca pójdę do szpitala. Tak też się stało. W piątek, prawie dwa tygodnie temu, szósty dzień cyklu – około 8 rano mąż zawiózł mnie na miejsce. Udaliśmy się na Izbę Przyjęć i już od tego momentu zaczęło się zamieszanie. Gdy w okienku pokazałam skierowanie Pan wysłał mnie na oddział. Dopytałam jeszcze czy na pewno mam iść na oddział ginekologiczny, odpowiedział że tak. Więc zostawiłam męża z oczywiście wypchaną po brzegi, ale za to małą ( 😛 ) torbą, a sama poleciałam na II piętro szpitala – nawet nie wiem po co. W dyżurce położnych Pani popatrzyła na mnie mało przyjaznym wzrokiem i powiedziała, że jak to ja się wybieram tu w piątek. No i ona nie wie o co chodzi: „proszę iść do gabinetu sekretarek”. Z kolei w tym pokoju dowiedziałam się, że żadnego potwierdzenia czy pieczątki przecież nie dają, mam skierowanie więc żebym poszła normalnie na tą Izbę. Trochę już zdezorientowana wróciłam na dół. W okienku siedziała już Pani (a nie Pan) która i tak odesłała mnie jeszcze do innego okienka! Tam niby Pani coś wklepała w komputer i kazała znów wrócić do poprzedniej Pani :O Tam już załatwiłam całą papierkową resztę. Dostałam jakieś swoje dokumenty i wysłano mnie dalej. Gdy wzięłam torbę od męża i przeszłam za drzwi była tam jakaś kolejna rejestracja w której dowiedziałam się, że mam się przebrać w łazience i wrócić. I stąd ktoś poprowadzi mnie na oddział (bo z tej IP idzie się inaczej niż normalnie – jakimiś korytarzami podziemnymi 😉 ). Przebrałam się w leginsy i sweterek bo nie chciałam paradować w piżamie i szlafroku. Wróciłam na miejsce trzymając kurtkę i buty. Pani na to: „a co z tym, czy przyszła Pani na jeden dzień?” Mówię że nie i nie wiem co mam z tym zrobić, ale mąż ze mną przyjechał i że mogę mu to oddać. Tak też zrobiłam, bo na szczęście mąż jeszcze czekał na znak, że wszystko ok i może jechać do pracy. Zatem bez niego z tego szpitala bym nie wyszła bo tym oto sposobem pozbyłam się okrycia wierzchniego 😉 Jak się dowiedziałam później od Pań współlokatorek w sali jest jakiś depozyt czy coś w stylu szatni, ale jakoś niechętnie te rzeczy tam przyjmują. W związku z tym, że był piątek nie było wielu kobiet razem ze mną. Na oddział poszłyśmy w kilka ale większość szła na zabieg jednodniowy. Do operacji tylko jedna pani oprócz mnie, więc później razem czekałyśmy na korytarzu aż będziemy mieć wolne łóżka.
Będąc już na oddziale przywitała nas ta sama miła Pani Położna, którą widziałam już wcześniej. Tam oddałyśmy te dokumenty z IP, a w zamian dostałyśmy do wypełnienia ankiety. Jedna dotycząca przebytych chorób w ciągu całego życia, natomiast druga na temat naszego życia w ciągu ostatnich 6 miesięcy. Były tam pytania np. o to czy w ciągu ostatniego pół roku byłam u stomatologa, fryzjera czy ginekologa. Czy miałam pobieraną krew i czy się leczę. W przypadku gabinetu dentystycznego, fryzjerskiego i ginekologicznego trzeba było podać nazwę i adres. Wydaje mi się, że ma to związek z żółtaczką typu B, którą można zarazić się właśnie w tych miejscach. Zanim się z tym uporałam minęła chwila, a międzyczasie jakiś młody doktor, być może stażysta, zawołał mnie na mini wywiad. Pytał o choroby, leczenie, o torbiel, leki które biorę na stałe, o szczepienie WZW B, grupę krwi, ostatnią cytologię. Wzięłam z domu dokumenty potwierdzające moje szczepienie (to ostatnie – dawką uzupełniającą), poziom przeciwciał jakie mi wyszły (Anty HBs) i grupę krwi, którą robiłam 3 lata temu. Wszystkie te dokumenty zabrano i oddano przy wypisie. Zlecono mi pobranie krwi (morfologia, TSH, FT3, FT4, markery nowotworowe), badanie moczu oraz RTG klatki piersiowej.
Gdy dokończyłam wypełnianie dokumentów tym razem na badanie zawołała mnie młoda Pani doktor. Zrobiła USG, badanie ręczne, badanie piersi i pobrała cytologię. Co do cytologii – uprzedziłam ją, że mam końcówkę okresu, jeszcze takie bladobrązowe plamienia – ale stwierdziła, że może uda się pobrać. Pobrała. A co z tego wyszło napiszę innym razem… 🙁 Po tych badaniach poszłam na pobranie krwi, gdzie też dostałam pojemniczek na mocz. Oczywiście wszystkie badania na czczo, więc do szpitala lepiej wybrać się rano.
Około godziny 10.00, gdy udało się już z tym wszystkim uporać zostało jedynie czekać na łóżko. Z nowo poznaną koleżanką czekałyśmy na korytarzu lekko ponad 2 godziny. Jak się okazało to wszystko i tak nam poszło bardzo sprawnie. Później dowiedziałam się od kobiet przyjętych w poniedziałek, że w sumie (na zabiegi jednodniowe i te zostające na dłużej) było ich około 30stu, na Izbie Przyjęć było duszno i tłoczno, a na łóżko czekały do około 16.00 !!! Zatem pod tym względem mój ginekolog miał rację, żeby wysłać mnie do szpitala w piątek. Ja już po godzinie 12tej miałam swoje łóżko i nawet udało się załapać na obiad. Od tej pory przez weekend nie działo się zbyt wiele. Pierwszy obchód po 17 mnie ominął bo w tym czasie gadałam przez telefon na korytarzu 😉 ale nikt się o mnie nie upominał.
Za to w sobotę rano – miłych ludzi ciąg dalszy. Poranny obchód, mój pierwszy, a tam przemiły starszy (ale nie stary) doktor, gdy podszedł do mojego łóżka popatrzył na mnie i spytał czy coś mi się dzieje, co mi jest i dlaczego przyszłam w piątek. „Przyszła Pani sobie poleżeć na weekend?” Tak dokładnie brzmiało to pytanie. Odpowiedziałam że tak mi kazano i ucięłam tą rozmowę. Nie było sensu z nim dyskutować, a tylko mnie zdenerwował. Co najmniej jakbym do SPA przyszła z własnego widzimisię! Stwierdziłam że czas się uodpornić na tych miłych ludzi. Tego samego wieczora na obchodzie ten sam lekarz, nic nie mówiąc tylko głupio się uśmiechając poszedł dalej.
Trzeci dzień pobytu w szpitalu – niedziela – w porównaniu do poprzednich był bardzo spokojny. Dodatkowo odwiedziny męża i koleżanki to i czas szybciej minął. Bez żadnych rewelacji. Wiedziałam że w poniedziałek czeka mnie kwalifikacja do operacji, czyli badanie przez samego słynnego na tym oddziale Profesora, do którego idzie się w koszuli i szlafroku ale już bez (!) majtek. Troszkę mnie to zaczęło stresować już w niedzielę, ale koniec końców profesorskie badanie nie było takie złe.
Ale o tym, o przygotowaniu do operacji, samej laparoskopii i samopoczuciu po, kolejnym razem bo i tak chyba się rozpisałam. 😉 Postaram się też zebrać rzeczy, które okazały się przydatne w szpitalu, ponieważ jeśli się tam wybieracie pewnie zastanawiacie się co zabrać – tak jak i ja się zastanawiałam.
Zapowiadając kolejny wpis i mówiąc jednocześnie o laparoskopii powiem, że nie taki diabeł straszny jak go malują! A jeśli chodzi o pobyt w szpitalu trzeba jedynie pozbyć się wstydu (lub przynajmniej zostawić go za drzwiami), uodpornić się na niemiłych ludzi (których możemy, choć oczywiście nie musimy tam spotkać) i myśleć pozytywnie – a będzie dobrze.
Do usłyszenia wkrótce! :*



3 komentarze
Kochana co z tą cytologią, coś nie tak wyszło? A co do przygotowania do badania przez słynnego Profesora to ja będąc w takim jednym szpitalu na początku pierwszej ciąży przeżyłam to samo… Wchodzi pielęgniarka i do wszystkich “proszę zdjąć majtki, założyć szlafrok i na badania”. Wszystkie kobiety na sali w szoku. A to ponoć żeby było szybciej :/ Nieciekawie wspominam ten szpital.
Czyli pewnie zdarzają się takie przypadki w różnych szpitalach, mój to nie wyjątek 😉
A co do cytologii.. tak wyszło coś źle 🙁 teraz muszę powtórzyć bo nie wiadomo czy źle pobrana czy rzeczywiście jest coś nie tak…
Myślę, że jeśli była pobierana pod koniec @ to może zaburzyło to wynik.