mama i córka

Plan zrealizowany

Wasze historie

Kilka lat starań o dziecko. Złe wyniki nasienia. Zapisani do kliniki niepłodności. Nastawieni na in-vitro. Co było dalej? Poznajcie historię Sylwii!

Starania o dziecko

Starania o dziecko zaczęliśmy z mężem w grudniu 2010 roku, miałam wtedy 25 lat. Koło marca poszłam na kontrolę do ginekologa, niby rutynową ale przy okazji poinformowałam, że zaczęliśmy starania i w związku z tym zrobił mi monitoring i zalecił badania tsh i ft-ek bo mam nadwagę i jak to lekarz powiedział chce sprawdzić czy to może nie wina hormonów.

Kiedy się okazało, że wszystkie parametry mam w normie lekarz stwierdził, że należy teraz zrobić spermiogram, zanim podejmiemy dalsze kroki w stosunku do mnie (drożność jajowodów itp.). Niestety wyniki męża były beznadziejne, czego na początku nie wiedzieliśmy bo Pani laborantka stwierdziła, że nie jest najgorzej, a że nie było norm na wydruku nie mieliśmy punktu odniesienia (było to 3,5mln przy normie od 39 mln). Poszłam z tym do mojego gina i stwierdził, że nie będziemy mnie kroić bez sensu i że musimy się udać gdzieś dalej celem zdiagnozowania męża.

Klinika niepłodności

I tak w czerwcu znaleźliśmy się w klinice niepłodności gdzie ponownie mnie zbadano ze wszystkich stron a do tego wrogość śluzu, czyli lekarz kazał nam uprawiać seks w noc przed wizytą albo nawet parę godzin przed i przyjechać do kliniki, pobrali wymaz ode mnie i pod mikroskop, gdzie pokazał nam jak poruszają się plemniki. Wszystko w porządku tylko plemników jak na lekarstwo i leniwe.

Moja diagnostyka się zakończyła, a mąż po wizycie u urologa i androloga też nie dowiedział się gdzie leży przyczyna tak złych wyników (w klinice robiliśmy badanie jeszcze 2 razy i za każdym razem były gorsze 1,5mln i 0,5 mln.) Tym samym zostaliśmy bez gadania zakwalifikowani do IVF – wyszłam z kliniki z płaczem, mąż jeszcze bardziej przybity. Wykańczaliśmy wtedy dom i nie było mowy, żeby sfinansować chociaż jedną próbę. Potem byłam jeszcze na chwilkę u mojego gina, który stwierdził, że do zapłodnienia potrzebny jest tylko jeden plemnik i jedna komórka jajowa i żebym nie odbierała sobie nadziei. Spytałam w takim razie co mogę robić, a on, że UPRAWIAĆ SEKS 🙂 Zapytałam również o testy owulacyjne, na co on stwierdził, że ciało kobiety to najbardziej skomplikowany organizm na ziemi i że żaden tego typu test nie jest w jakikolwiek sposób miarodajny i jeżeli mam za dużo pieniędzy to żebym je wydała na coś przyjemniejszego. Był to sierpień 2011 roku.

Tak sobie żyliśmy, w międzyczasie ja robiłam testy owulacyjne (kupiłam 50 na allegro  i chciałam wykorzystać), nie mówiłam nic mężowi (oficjalnie odpuściliśmy, ale ja mimowolnie pilnowałam owulacji – dokładnie wiem kiedy mam) i inicjowałam zbliżenia nawet jeśli cierpiałam z bólu owulacyjnego (czego nie dawałam po sobie poznać).  Mąż coś tam łykał (salfazin i jakieś zioła ojca jakiegośtam przez jakieś 3 miesiące) ale już nie sprawdzaliśmy jego wyników.

Decyzja o in-vitro

W końcu mając 28 lat w listopadzie 2013 roku stwierdziłam, że do 30 muszę być w ciąży. Zaczęłam się interesować różnymi klinikami (ta u nas nie wchodziła w grę, nie przypadł mi do gustu ten gin który nas leczył) i padło na Białystok ponad 600km od nas. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, oswajać się z tą myślą. Mój mąż w ogóle tego nie kwestionował, był w tym ale jednak gdzieś obok, w sensie ja załatwiałam, dowiadywałam się a on przyjmował do wiadomości.

I tak przyszedł 2014 rok i w lutym umówiłam nas na wizytę do kliniki na listopad, bo wtedy mam urodziny. Robiąc to poczułam, że to jest to ten radykalny krok który umożliwi nam mieć dziecko (oczywiście byłam świadoma, że ludzie poprzez IVF starają się latami , stymulują się, wydają setki tysięcy złotych, ale dla mnie – tak jakby w psychice mi coś przeskoczyło i od lutego przełączyłam się w stan oczekiwania na listopad).

Po prostu życie

Nie miałam w ogóle świadomości kiedy mam okres, po prostu żyliśmy, kochaliśmy się, bo dziecko “ZROBI SIE” w listopadzie. Miałam bardzo pracowity okres letni, mąż też gdzieś ciągle wyjeżdżał i udało nam się zorganizować wyjazd na 5 dni we wrześniu. Jechaliśmy ze znajomymi, którzy też się starali od ponad roku i też coś tam nie szło (ale byli jeszcze przed diagnostyką). Wydawało mi się, że powinnam mieć okres na wyjeździe, ale go nie dostałam. Nie byłam pewna który to dzień cyklu więc się nie spinałam do tego zmiana klimatu, stwierdziłam, że pewnie dostanę jak wrócę. W głowie miałam już listopadową wizytę i chciałam dokładnie zapamiętać pierwszy dzień cyklu żeby potem do wizyty być przygotowaną. Do tego przeciągało mi się przeziębienie i byłam jakaś taka ospała. Wróciliśmy bez okresu i jak zaczęłam się zastanawiać to mi wyszło że to 33 dzień cyklu (a zawsze miałam okres jak w zegarku 27 dni i ani dnia dłużej), kupiłam test ciążowy tak bardziej po to żeby się dowiedzieć czy może powinnam iść do gina. Sikałam w kiblu w pracy i nawet nie chciałam na niego patrzeć – położyłam na umywalce i nie wpatrywałam się jak zwykle czy pojawia się kreska czy nie.

Ubrałam się powoli i spojrzałam, a tam dwie grube krechy. Oniemiałam i stwierdziłam, że to jakiś błąd pewnie. Poszłam po drugi test to samo. Zadzwoniłam po męża powiedziałam, żeby kupił kilka różnych testów bo ja nie wierzę i pewnie wszystkie tej firmy się mylą i nakręcam się bez powodu. Wszystkie 8 testów było pozytywnych.

Ciąża

Następnego dnia beta ponad 2000, wiec już dawno od zagnieżdżenia. Początkiem ciąży fiksowałam, a to że cycki nie bolą tak jak powinny, a to że beta jakoś dziwnie przyrasta potem że mało się rusza (międzyczasie mąż bardzo zachorował , pod koniec ciąży miał poważną operację ratującą życie i nie był przy porodzie) wiec mnóstwo stresu, poród też nie najlepszy.

Mam córkę urodziła się w maju 2015 roku dokładnie pół roku przed 30 urodzinami, także plan zrealizowany.

odpuść, przestań myśleć, wrzuć na luz

Napisałam to wszystko, bo mam wrażenie, że jeżeli ktoś pisze odpuść, przestań myśleć, wrzuć na luz to my to bagatelizujemy, takie za przeproszeniem pierdolenie (ja tak myślałam), a tymczasem jest to tak istotne jak uprawianie seksu nie tylko w dni płodne (jak się okazało zaszłam w ciąże w 20 dniu cyklu) czyli kompletnie poza owulacją (mąż był poza domem), gdzieś tam przyczaił się jeden plemnik i jest.

Życzę Ci z całego serca takiej historii, a właściwie życzę Ci żebyś doszła do takich wniosków trochę wcześniej niż ja.

PS. Ta znajoma z wyjazdu też była już w ciąży, kiedy we dwie biadoliłyśmy jak to nie możemy mieć dzieci nad pomidorową w jednej z knajp na morzem. Urodziła 2 tygodnie po mnie. 🙂

Pozdrawiam serdecznie.

 

Historia przesłana przez Sylwię – nie jest tylko dla mnie, ale i dla Ciebie. Jak widać, życie potrafi zaskakiwać!

Previous
Dwa lata
Next
Brak czasu!
  • Bardo się cieszę z historii Sylwii i głęboko wierzę że Ty oraz wszystkie czytelniczki też będziecie miały taki happy end.

    I rzeczywiście: “odpuść, przestań myśleć, wrzuć na luz” oraz na wesoło i bez planowania kochaj się .

    Trzymam kciuki za Was

  • Bardo się cieszę z historii Sylwii i głęboko wierzę że Ty oraz wszystkie czytelniczki też będziecie miały taki happy end. Nie planujcie, nie zakładajcie terminu i niezależnie od dnia cyklu po prostu się kochajcie

    Trzymam kciuki za Was

    • Dziękuję! 🙂
      Niestety tylko czasem trudno jest się tak naprawdę – na 100% – wyluzować, zapomnieć, przestać liczyć… Ale na pewno każda z nas marzy o takim zakończeniu historii starań o dziecko ♥

  • Aż się łezka w oku kręci. Wspaniała historia. Życie naprawdę lubi zaskakiwać… Mam nadzieję, że wszysktie doczekamy takiej miłej niespodzianki.
    Pozdrawiam i wierzę, że to niedługo nastąpi! 😉

  • Dziękuję Wam, Panu Bogu i komu jeszcze można za takie historie. Dają nadzieję na wspaniale spełnione któreś jutro 🙂 chociaż codzienność jest taka szara i smutna przez tą małpę niepłodnośc. A może dziecko samo wie kiedy jest najlepszy czas, wybiera sobie nas i wtedy przychodzi ? Nie wiem. Jestem na etapie buntu – jak sobie z tym radzicie / radzilyscie dziewczyny? Mam pretensje do wszystkich- do lekarzy że nie widzą przyczyną, do męża który się nie martwi bo mówi że będzie dobrze, do Pana Boga czemu mnie to spotyka. I ciągle to pytanie – ile jeszcze ? Ile razy jeszcze mam się wywrocic?

    • Aniu, przytulam Cię mocno! ❤ Myślę, że wiele z nas się buntowało, na określonym etapie starań. Też zadawałam te same pytania co Ty, też miałam pretensje i do lekarza, i do męża, i.. do Boga.

      Myślę, że te etapy samoczynnie się zmieniają… A nam pozostaje wierzyć i się nie poddawać w dążeniu do celu.

  • Dziękuję, za tą historię, która pokazuje, że wszystkim nam może się udać i zobaczymy te upragnione dwie kreski…Jednak podziwiam bohaterkę opowiadania, która potrafiła tak sobie odpuścić i przestać myśleć na ten temat. Ja na dzień dzisiejszy tego nie potrafie… Dla mnie słowa ” że trzeba wrzucić na luz i samo przyjdzie” to nadal jest “głupie pierdolenie”. Nie wiem jak przeżyć dzień żeby choć przez moment nie pomyśleć, że w dalszym ciągu nie jestem w ciąży, a co dopiero nie zauważyć, że okres mi się spóźnia choćby jeden dzień. Nie wiem może ja też na razie jestem na etapie wspomnianego powyżej buntu… W każdym bądź razie próbuje z tym walczyć i chcę żyć normalnie, dlatego też ostatnio założyłam bloga, bo po prostu jest mi łatwiej jak można gdzieś wylać to co leży na sercu. Cieszę się, że przez przypadek trafiłam na tego bloga i jeśli Pani ma ochotę to zapraszam na starajacsieodziecko.blogspot.com Pozdrawiam.

    • Ja odpuściłam i… po kilku miesiącach chyba wracam do wątpliwości swoich działań. Zastanawiam się teraz co zrobić, by jakoś sobie pomóc… Niestety walka z niepłodnością nie jest prosta, a na pewno pełna wszelkich emocji.

      Ja bloga założyłam z podobnych powodów jak Ty, tylko trochę wcześniej. To takie moje miejsce, w którym mogę się wygadać, ale też spotkać tyle wspaniałych osób. Na Twojego bloga na pewno zajrzę. Życzę Ci powodzenia, siły i wytrwałości ♥

Leave a comment to Damskie Sprawy Cancel reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witaj!

Miło mi Cię gościć na moim blogu! Mam nadzieję, że Ci się spodoba i zostaniesz na dłużej. Co spowodowało, że piszę? Pragnienie zajścia w ciążę, marzenie o macierzyństwie, staranie się o dziecko, niepłodność, często rozpacz i łzy oraz nieustanna nadzieja. Waiting4 to blog o codzienności życia Staraczki, opis leczenia, badań, wizyt u ginekologa i wielu innych. Zmagania, które zna niejedna kobieta planująca ciążę, a o których często nie mówi się publicznie. Serdecznie zapraszam!

Warto odwiedzić

edzieci.pl

Portal dla rodziców o ciąży, porodzie, zdrowiu, wychowaniu i rozwoju naszych dzieci. Artykuły, porady i ciekawostki zarówno dla dzieci jak i dorosłych.

KobiecePorady.pl - Portal z poradami dla Kobiet

Portal dla kobiet. Każda z Pań znajdzie coś dla siebie od poradników urody, modowych, zdrowia, fitnessu, aż po porady z zakresu domu, zrób to sama oraz ogrodu.