Pierwsze starania
Codzienność
Sięgam pamięcią do grudnia 2015… Wtedy zaczęły się nasze rozmowy. Że może to już ten moment, jesteśmy gotowi, chcemy zostać rodzicami. Ach, jak przypomnę sobie swój optymizm wtedy… Oczywiście uda się za pierwszym razem, przecież jestem zdrowa. Nic mi nie dolega, nic mnie nie boli, chodzę do ginekologa co kilka miesięcy, nic nie mówi – znaczy, że jest ok. Miesiączki mam zawsze, wahania między 30 a 34 dni, no ale są… To wszystko znaczy, że jest dobrze, więc jaki to problem zajść w ciążę, no przecież żaden! Myśli przed snem, jakby to wspaniale byłoby mieć córeczkę. Śliczną, malutką królewnę, którą mogłabym stroić, jakbym tylko potrafiła najlepiej. Wyliczenie kiedy przypuszczalnie będzie poród, jak dobrze rozplanować do tego momentu czas, jak pogodzić wszystkie swoje zobowiązania. I nagle wielkie bum! Zderzenie z rzeczywistością.
Pierwsze trzy miesiące, wciąż optymistycznie
Oczywiście na początku Internet. Przeszukałam wujka Google w poszukiwaniu nurtujących mnie pytań. Wyczytałam, że zdrowej parze zachodzenie w ciąże może zająć rok, ale są też te szczęśliwe, którym udaje się od razu. Przyznam się bez bicia, że nigdy wcześniej nie wsłuchiwałam się w swoje ciało. Nie wiedziałam kiedy mam owulację, czy w ogóle ją mam, czy występuje u mnie śluz płodny. Żyłam bezstresowo w tym temacie… Miałam miesiączkę mniej więcej na czas i tyle mnie interesowało. Douczając się w Internecie, skoro jestem tak blada w tym temacie, zaopatrzyłam się w testy owulacyjne. Oczywiście trafiłam na Allegro, stamtąd kupiłam dosłownie kilka paskowych testów, które starczyły mi na jeden cykl. Nie mając porównania z niczym innym zdałam się tylko na nie. W drugim cyklu dokupiłam więcej, więc wystarczyły na kolejne 3 cykle. Był z nimi tylko jeden problem: kreseczki nie były zbyt mocne, a owulację pokazały mi naprawdę 2 razy. Nie mogę potwierdzić czy było to trafne, gdyż jeszcze wtedy nie chodziłam na monitoringi, nie mierzyłam temperatury ani nie obserwowałam śluzu. Mogłam ufać jedynie testom.
Okres, wyczekiwanie dni płodnych, robienie testów owulacyjnych, wiara że się udało, nadzieja że @ już się nie zjawi, zawód i rozczarowanie gdy pokazywało się plamienie, a później… od początku. Mniej więcej tak minął styczeń, luty i marzec. Jednak w ciągłej nadziei i optymizmie, że za chwilę się uda.
Jeszcze w styczniu zrobiłam badania krwi, również TSH, FT3 i FT4 – nie bardzo wiedząc, że ma to jakieś znaczenie. Bardziej doświadczona koleżanka, z którą rozmawiałam na ten temat, zwróciła mi uwagę, że wynik tsh 2,450 uIU/ml to trochę za dużo dla starającej się, natomiast wyniki FT4 50.30% [ wynik 17.03, norma (12 – 22)] i FT3 27.33% [ wynik 2.82, norma (2 – 5)] również nie są rewelacyjne. I jest to kwestia do obserwacji.

W tamtym momencie nie przejęłam się tym zbytnio (a w tym momencie jestem umówiona na wizytę do endokrynologa, także hmm…) i nadal myślałam, że „przecież jestem zdrowa, nie mam żadnych dolegliwości, więc musi się udać”.
Z biegiem czasu… zdecydowanie bardziej świadomie!
W czwartym cyklu starań, w marcu dodatkowo zaopatrzyłam się w termometr (Microlife MT 16C2). Skoro testy owulacyjne jakoś mnie do siebie nie przekonały, postanowiłam sprawdzić metodę termiczną. Wybrałam termometr elektroniczny nazywany owulacyjnym, którego dokładność pomiaru, wynosi do dwóch miejsc po przecinku. Jego cena w Internecie (wraz z przesyłką) to około 20 zł.
Zaczęłam mierzenie od 21dc, tak żeby się wprawić. Pobrałam aplikację na telefon, a później założyłam konto na portalu „dla takich jak ja” – starających się. Zaczęłam dokładniej się przykładać, obserwować swoje ciało i zapisywać codzienne temperatury, jak i towarzyszące mi objawy. Z termometrem, a bez testów byłam gotowa i przygotowana na kolejny cykl. Temperaturę początkowo mierzyłam, jak mi się wstanie tj. w przedziale od 5.30 do 7.00, jednak od piątego cyklu codziennie o tej samej porze – 6.00 rano i tak do teraz…
Hmm… jaki morał z tej historii? Nie bagatelizuj niczego co się z Tobą dzieje. Gdybym mogła cofnąć czas oczywiście już w styczniu zapisałabym się do endokrynologa i zbadała swoje hormony. Jeśli jesteś na początku swojej drogi, na Twoim miejscu od tego bym zaczęła. Ja już czasu nie cofnę, Ty jeszcze możesz działać w tym kierunku! Od lekarza rodzinnego można dostać skierowanie, ale raczej co najwyżej na morfologię, TSH i FT’ki, ale to już coś na początek.
Co dały mi te miesiące? Na pewno poznanie swojego organizmu. Gdyby udało się za pierwszym razem, za pewne dalej nie wiedziałabym nic o oznakach, jakie daje mi ciało w różnych dniach/ fazach cyklu. Jestem o tę wiedzę mądrzejsza i to jest pozytywny aspekt przeciągających się w czasie starań…
A jak Twoje pierwsze miesiące starań o dziecko? Czy także byłaś pełna optymizmu, jak ja?



Dodaj komentarz