laparoskopia

Laparoskopia

Codzienność

„Zabieg laparoskopii, polegający na wprowadzeniu do jamy brzusznej teleskopu (optyki) oraz 2 lub 3 narzędzi manipulacyjnych. W trakcie zabiegu będzie przeprowadzona ocena wewnętrznych narządów płciowych (macicy, jajowodów i jajników) oraz ocena drożności jajowodów, jeżeli zaistnieje konieczność będą pobrane wycinki z jajników do badania Histologicznego, następnie zabieg będzie polegał na laparoskopowym usunięciu guza”.

To fragment zgody, którą musiałam podpisać na dzień przed operacją. Były w niej wymienione również alternatywne metody leczenia – w moim wypadku HSG (Histerosalpingografia), możliwe powikłania (którymi nie będę Was straszyć 😉 ), zgoda na ewentualne odstąpienie od zabiegu operacyjnego (kiedy ryzyko wykonania zabiegu przekroczy korzyści płynące z jego wykonania) oraz zgoda na przetaczanie krwi, a także oświadczenie że wszystko zrozumiałam.

Zanim dostałam ten dokument do podpisania zmieniłam salę. Łóżko i szafka na kółkach pojechały ze mną z sali nr 5 na salę nr 3. Wcześniej było też spotkanie z anestezjologiem. Krótkie badanie – osłuchanie stetoskopem (miałam bluzkę z krótkim rękawem i biustonosz – więc tylko podniosłam bluzkę do góry), zmierzenie ciśnienia, krótka rozmowa i informacja o formie znieczulenia. Do operacji na kolejny dzień było nas 5. Dwie kobiety podobne wiekowo do mnie i dwie zdecydowanie starsze. Z wstępnego planu wynikało, że do operacji jestem rozpisana jako ostatnia. Operacje były jednak prowadzone na dwa stoły. Więc byłam tak jakby trzecia w kolejce.

Wiadomo, że do zabiegu operacyjnego trzeba się przygotować. Gdy zmieniłyśmy salę poinformowano nas, że za chwilę czeka nas golenie, lewatywa i wypicie 3 litrów (!) płynów. A golenie i lewatywę wykonają STUDENTKI. No hmmm… szczęśliwe nie byłyśmy z tego powodu. Choć ja ogoliłam się już wcześniej i o tym powiedziałam, Pani pielęgniarka – opiekunka tych praktykantek każdą wołała na fotel. Ostatecznie podgoliły mi jedynie brzuch, ale musiałam usiąść na fotelu ginekologicznym przed dwoma obcymi dziewczynami. Kolejne dwie robiły lewatywę. Nigdy jej wcześniej nie miałam, więc za bardzo nie wiedziałam czego się spodziewać. Trzeba było położyć się na boku, oczywiście tyłkiem do nich. Tym razem też raczej „strach miał wielkie oczy”, a w zasadzie nie było tak źle. Choć wydaje mi się, że gdyby robiły to bardziej kompetentne osoby byłoby jeszcze lepiej, bo te jakoś niepewnie to wszystko robiły, a nawet oblały mi płynem szlafrok :/ Kazały chodzić jak najdłużej, ale w zasadzie zdążyłam jedynie z gabinetu wrócić na salę, wziąć papier (bo często w łazienkach brakowało!) i dojść do WC 😉 więcej szczegółów oszczędzę 😛

Zaraz po tym, o godzinie 16 dostałam dwie saszetki, które należało rozpuścić w wodzie niegazowanej. Jedna saszetka miała być rozpuszczona w litrze lub dwie saszetki w półtora litra wody. Popijając w zależności od opcji: litrem lub półtora litra czystej wody. Ważne było aby w sumie wypić 3 litry płynów. Żeby nie było za bardzo mdłe wybrałam opcję: jedna saszetka rozpuszczona w 1l wody, druga saszetka w drugim litrze, popijając to wszystko między czasie litrem zwykłej wody niegazowanej. Na początku to nawet mi to szło i stwierdziłam że wcale nie jest ohydne. Zalatywało mi to trochę… marchewką, choć koleżanki z sali w ogóle nie miały takich skojarzeń. Byłam głodna, więc to picie potraktowałam jak mój posiłek. Trzeba było pić kilka łyków tego specyfiku i popijać wodą – wtedy miało niby najlepszy efekt. Pierwszy litr jakoś się udało. Chyba już w ciągu godziny byłam po. Problemy pojawiły się przy drugim litrze specyfiku. Miałam pełny pęcherz i już nie dawałam rady tego zmieścić. Specyfik z każdym łykiem stawał się coraz bardziej nieprzyjemny w smaku i zaczynało mi być niedobrze. Woda za to stała się przepyszna. Z drugą butelką zeszło mi dwie godziny. Skończyłam pić około 19.00, choć miałam ochotę wylać do zlewu ostatnie łyki, to po prostu się zawzięłam i postanowiłam dopić. Serio było ciężko. A co lepsze jakoś wcale specjalnie przeczyszczająco to na mnie nie zadziałało. Początkowo myślałam spoko może lewatywa mi w zupełności wystarczyła, ale ostatecznie lądowałam w kibelku chyba z 5 czy 6 razy co i tak uważam za niezły wynik (bo nie np. kilkanaście razy). No i ani razu nie wymiotowałam, bo słyszałam też takie opowieści. A jeśli zwymiotujesz musisz to znów nadrobić… Jednym słowem to chyba najbardziej niemiłe wspomnienie. Sama ilość wypitych płynów była dość spora, uważam że powinno być to dostosowane do wagi 😉 No i poza tym, że dużo, to jeszcze mdłe, marchewkowe i niesmaczne. Trudno nawet opisać ten smak. Wiem, że nie w każdym szpitalu się to stosuje. W niektórych wystarczy sama lewatywa lub jeszcze inne środki na przeczyszczenie. Płyny piłyśmy we trzy, dwie starsze panie dostały tabletki przeczyszczające. Nie wiem czy to ma jakieś lepsze działanie i dlaczego akurat taki sposób się stosuje. Także nie straszę, lecz uprzedzam, w zależności do jakiego traficie szpitala, nie zawsze będziecie musiały w ten sposób oczyszczać jelita. Jeśli Was to ominie, macie ogromne szczęście 😉 bo z całej tej operacji to wspominam najgorzej!

W dzień laparoskopii oczywiście brak jakiegokolwiek posiłku i picia. Żadnej gumy do żucia czy tic tac’a. Wodę mogłyśmy pić do północy. Zatem ja ostatnia – czekałam najdłużej – i jeszcze w dodatku pić mi nie było wolno. A pobudka jak zawsze przed 6.00 rano. Zmierzenie temperatury, ciśnienia, zastrzyk Clexane w brzuch. Obchód przed godziną 7.30. Wcześniej na sali odwiedził mnie mój lekarz z pytaniem jak samopoczucie i zapewnieniem że będzie ok. Mimo to po czasie pojawił się stres i poleciały łzy. W zasadzie nie wiem czemu. Człowiek, taka istota że wszystko przeżywa. Choć przecież wiedziałam że to dla mojego dobra to i tak ogarnął mnie strach. Wszystkie dostałyśmy koszule do operacji, jak to powiedziała jedna ze starszych Pań z sali, sukienki w pięknym zielonym kolorze. Niestety wcale piękne nie były. Oczywiście na mnie ze 3 razy za szeroka, trochę prześwitująca (szlafrok jest przydatny!), z rozcięciem od góry, długością mniej więcej do kolan (przy moim wzroście jakieś 164cm 😉 ). Do operacji należy mieć także związane włosy (jeśli ma się długie) i co ważne gumką która nie ma żadnego metalowego elementu. Żadnego makijażu i pomalowanych paznokci.

Pierwsze dwie pacjentki poszły na stół operacyjny około 8.30. Jedna z nich wróciła o 9.30 w zamian jej poszła kolejna. Wiedziałam, że ja mam iść po niej ponieważ miałam przypisany lewy stół – tak jak i one. Czekałam i czekałam. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Czas się dłużył. Miałam już przygotowany SMS do męża, że idę na operację. Czekałam tylko na to kiedy ktoś po mnie przyjdzie. Obie koleżanki wróciły w podobnym czasie. I ta z 8.30 i ta z 9.30 wróciły przed 12.00. One miały cięcie całego brzucha i bardziej skomplikowane operacje, dlatego nie było ich tak długo.

SMS do męża wysłałam dokładnie 7 marca o godzinie 11.49. Kazałam mu dzwonić do ginekologa za około 2,5 godziny (wiedziałam że ja nie będę w stanie sięgnąć po telefon, a rodzina będzie się martwić, dlatego dogadałam z mężem i lekarzem telefon. W salach wybudzeniowych nie ma też odwiedzin więc nie kazałam mężowi przyjeżdżać). Idąc za Panią która mnie na tą salę prowadziła łzy zaczęły płynąć same. Mówiłam do siebie: uspokój się, przecież wszystko będzie ok. Na chwilę pomogło. Kazano mi usiąść na krześle w sali gdzie mój lekarz uzupełniał jakieś dokumenty po poprzedniej operacji. Grzecznie siedziałam, powtarzając sobie w głowie, że nic mi nie grozi. Moment kryzysowy nastąpił, gdy lekarz się do mnie odwrócił i spytał jak się mam… No i wiecie co? zaczęłam płakać!!! Zdążyłam przez łzy powiedzieć, żeby mnie o nic już nie pytał. Sama nie wiem czemu tak zareagowałam. Na szczęście nie raz przekonałam się, że ten ginekolog jest po prostu dobrym człowiekiem. Podszedł do mnie i próbował uspokoić. Powiedział że on ze mną pójdzie i razem poszliśmy na salę operacyjną. Powiedział, że tu ze mną postoi, a ja żebym usiadła na tym łóżku – stole operacyjnym. Zaczął mnie zagadywać o zupełnie inne rzeczy i faktycznie mnie uspokoił! Jestem mu za to wdzięczna.

sala operacyjna

Zaraz naszło się trochę ludzi. Kazano mi się położyć. Odsłonić brzuch, czyli podciągnąć koszulę w górę. Jakaś Pani zakładała mi coś na stopy, owinęła je czymś i założyła te takie szpitalne ochraniacze na buty – zrobiło mi się ciepło w stopy. Podano mi maskę tlenową. Inna Pani szukała dogodnego miejsca na wbicie wenflonu. Ostatecznie wylądował w żyle na prawej ręce w zgięciu łokcia. Usłyszałam, że zaraz powinno mi się zacząć troszkę kręcić w głowie. Patrzyłam na te lampy nade mną i myślałam..  „Taak na pewno zaraz zasnę, jasne. Przecież to niemożliwe”. I to ostatnia myśl, którą pamiętam. Serio, szybko się to potoczyło. Sen był taki miły, przyjemny. Zielonego pojęcia nie mam, ile to trwało. Ale dla mnie chwilę. Nagle usłyszałam jakieś odgłosy, jakieś „już po operacji, proszę się zsunąć, o tak”. Nie mam pojęcia czy pomogłam im się przerzucić na moje łóżko. Nawet nie wiem czy ruszyłam nogą. Nic nie pamiętam. Kojarzę, że wieźli mnie przez korytarz, a największą świadomość odzyskałam na sali pooperacyjnej bo strasznie zaczął boleć mnie krzyż i brzuch – jak przy mega ale to mega bolesnej miesiączce. Chciałam się przekręcić na bok, ale nie wiedziałam czy mogę. Nie trwało to długo. Myślę, że kilka minut, bo po chwili zaczęła działać kroplówka, a raczej to co mi w niej podano. Sięgnęłam po wodę (taką z dziubkiem – żeby się nie oblać) i wzięłam malutki łyczek – bo po narkozie raczej nie wskazane wstawać i pić dużo, by nie zwymiotować. Przysypiałam i się budziłam, piłam łyczek wody i dalej zasypiałam. Nie wiem ile trwała moja operacja, ale już około 17.30 poprosiłam o telefon. Zerknęłam też jak ma się mój brzuch i jak to wygląda. Czy mam tylko cewnik czy też dren. Na szczęście drenu, czyli rurki, mającej służyć odprowadzaniu różnego rodzaju wydzielin, nie miałam (koleżanka po laparoskopii z którą kiedyś rozmawiałam – miała). U mnie był tylko cewnik, z czego byłam bardzo zadowolona.

Zaczęłam obdzwaniać wszystkich zainteresowanych moim samopoczuciem. Były to króciutkie rozmowy, tylko tyle że ze mną ok, nic mnie nie boli. Trochę byłam też zachrypnięta. Domyślam się, że byłam intubowana i to dlatego. Do samego wieczora podłączona byłam do aparatury, która mierzyła co jakiś czas między innymi ciśnienie, które w moim wypadku było bardzo niskie. Czasem ta maszyna zaczynała też dawać sygnał, dlatego podano mi pod nos tlen, bo podobno to było coś z oddechem, choć mi się tam oddychało normalnie. Wieczorem poprosiłam żeby mi to odłączyli, bo już mnie denerwowało. Między czasie wymieniłam kilka zdań z koleżanką z łóżka obok. Przespałam całą noc, bez żadnych bóli. Na pewno podano mi czopek, ale kompletnie nie mogę skojarzyć czy było to wieczorem po operacji czy rano następnego dnia (skłaniam się jednak do wieczora po operacji 😉 )

W środę 8 marca, czyli poranek po laparoskopii oczywiście był bez śniadania, jedynie na wodzie. Cewnik odłączono mi dość szybko, bo chyba gdzieś koło godziny 11.00 i wtedy też przyszła Pani rehabilitantka, która mówiła nam jak wstawać. Początkowo trzeba było usiąść na łóżku bo w głowie się kręciło. Dałam radę wstać, przejść trzy kroki i wrócić na łóżko, bo mi jakoś słabo było. Stwierdziłam jednak, że po tym odłączeniu cewnika potrzebuje do łazienki więc z pomocą Pani zaszłam tam i wróciłam. Około 12.30 na obiad dostałam już zupę. Na kolację też zupę. Między czasie zmieniłam salę na jeszcze inną, zostawiając koleżanki na pooperacyjnej, ponieważ miały się troszkę gorzej. Powolutku się rozchodziłam, a wieczorem po odwiedzinach męża udało mi się pójść pod prysznic. Mój brzuch i uda były wymalowane jakąś pomarańczową farbą, którą trzeba było w końcu z siebie zmyć.

Tego wieczora spotkałam też mojego lekarza, który miał dyżur. Dowiedziałam się, że usunięto mi cystę endometrialną z jajnika lewego, a także ogniska endometriozy. Na moje pytanie od kiedy można współżyć, powiedział że od razu jeśli tylko głowa pozwoli i spytał czy chce żeby mi zrobił usg – bo miałam 11 dzień cyklu. I co się okazało? Na prawym jajniku bez żadnych wspomagaczy pęcherzyk 19mm! Byłam w szoku 😉 Na wieczornym obchodzie poinformowano mnie, że za pewne jutro wyjdę do domu.

9 marca – w czwartek na porannym obchodzie Profesor zaprosił jeszcze do badania. Ale również mówił że dziś do wyjścia. Trochę się martwiłam jak się wyspinam na ten fotel, ale myśl że idę do domu pomagała we wszystkim. Dałam radę i nawet nie było to takie trudne. Profesor powiedział, że wszystko ok i do domu! 🙂 Dostałam ostatni zastrzyk w brzuch. Na śniadanie podano mi już kromki, co mnie bardzo zadowoliło bo za chlebem się stęskniłam już 😀 Ubrałam się w dresy, bo dżinsy jednak nie wchodziły jeszcze w grę. Wiedziałam że na wypis chwilę się czeka, umówiłam się z mężem około 12.00 i tak faktycznie dostałam wypis. Ważne, by był ktoś kto Was odbierze ze szpitala, bo dźwigać nie można. A torba zwykle lekka nie jest.

Podsumowując ten trochę przydługawy, ale mam nadzieję, że interesujący post, chcę Wam powiedzieć, że jeśli się boicie to normalne. Też się bałam. Ale powtarzam, że „nie taki diabeł straszny, jak go malują”. Wszystko jest do przeżycia. Jeśli ma się cel, nic nie jest takie straszne. Moje samopoczucie po – uważam za dobre. Wiadomo od razu nie chodzi się zbyt szybko, nie dźwiga się i nie przemęcza. Trzeba mieć chwilę czasu, by odpocząć. Ale ja wyszłam w czwartek, a w zasadzie w weekend czułam się zupełnie normalnie. Od operacji miałam tylko jeden silny ból. I to był ten ból zaraz po laparoskopii. Potem nie odczuwałam nic szczególnego. Wiadomo, że było trochę ciężko wchodzić i schodzić z łóżka szpitalnego, bo były dość wysokie. W domu zupełna swoboda, no i przede wszystkim nie trzeba nosić żadnych uciskających brzuch spodni 😀

aaa! i pewnie najważniejsze… opieka męża znacznie lepsza niż ta szpitalna ♥♥♥

Jeśli chodzi o blizny to miałam cięcia w czterech miejscach. Dwa po lewej stronie (tam miałam usuwaną torbiel), jedno nacięcie po prawej stronie i jedno od pępka. Każde max 1 cm. Teraz schodzą mi z nich strupki. Zaczęłam smarować maścią na blizny.

To chyba najważniejsze rzeczy, które chciałam przekazać. Laparoskopia z własnego doświadczenia 🙂

Jeśli coś Was jeszcze interesuje – piszcie! Postaram się pomóc, bo być może jednak o czymś zapomniałam 😉 😉 😉

Previous
Przed operacją
Next
Cykl bez numeru

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witaj!

Miło mi Cię gościć na moim blogu! Mam nadzieję, że Ci się spodoba i zostaniesz na dłużej. Co spowodowało, że piszę? Pragnienie zajścia w ciążę, marzenie o macierzyństwie, staranie się o dziecko, niepłodność, często rozpacz i łzy oraz nieustanna nadzieja. Waiting4 to blog o codzienności życia Staraczki, opis leczenia, badań, wizyt u ginekologa i wielu innych. Zmagania, które zna niejedna kobieta planująca ciążę, a o których często nie mówi się publicznie. Serdecznie zapraszam!

Warto odwiedzić

edzieci.pl

Portal dla rodziców o ciąży, porodzie, zdrowiu, wychowaniu i rozwoju naszych dzieci. Artykuły, porady i ciekawostki zarówno dla dzieci jak i dorosłych.

KobiecePorady.pl - Portal z poradami dla Kobiet

Portal dla kobiet. Każda z Pań znajdzie coś dla siebie od poradników urody, modowych, zdrowia, fitnessu, aż po porady z zakresu domu, zrób to sama oraz ogrodu.