EndoMenda
Codzienność
Wszystko tak jak się spodziewałam. No może prawie wszystko, bo okresu spodziewałam się w niedzielę, 26 marca, a wredna fr@nca przyszła już w sobotę, 12 dni po owulacji. Standardowo dwa dni przed @ pojawiły się plamienia. One chyba będą towarzyszyć mi już zawsze :/ Przez nie, a może dzięki nim, nie muszę nawet myśleć o teście ciążowym, bo wszystko jest jasne zanim nadejdzie termin miesiączki.
Podobnie z napięciem przedmiesiączkowym, słynnym i znanym wielu kobietom PMS’em. Wszystkie żale wypłakuje jeszcze zanim okres się rozkręci. Potem gdy nadjeżdża znienawidzona ciocia już mi wszystko jedno. W okresie zawsze jakoś dni mijają szybciej. Wtedy też zbieram siły na kolejny cykl, kolejną owulację, kolejne dni i tak w kółko.
W tym cyklu miałam nie brać wspomagaczy typu Clo czy Aromek, dlatego postawiłam na wspomaganie owulacji grejpfrutem, a endometrium migdałami – naczytałam się, że to podobno działa. Więc stwierdziłam co mi szkodzi spróbować. Choć za grejpfrutem nie przepadam, migdały jak najbardziej ok, w końcu na pewno mi to nie zaszkodzi, a co nas nie zabije to nas wzmocni 😉 Międzyczasie jeszcze lampka wina czerwonego wytrawnego – choć wytrawnego szczerze nie lubię, ale przecież lekarstwa nie mają być smaczne 😛 😛 😛
We wtorek, 28 marca, mijało trzy tygodnie od laparoskopii. Na wypisie ze szpitala dostałam informację, żeby właśnie za taki okres czasu zgłosić się z tą kartą informacyjną po wynik histopatologiczny. Zadzwoniłam zatem rano do szpitalnego sekretariatu i dowiedziałam się, że mój wynik czeka. A że był to wtorek to wiedziałam też, że przy okazji może będzie okazja znaleźć mojego doktora i od razu pokazać mu to co odebrałam. I tak też się stało. Wynik wydawała mi jakaś Pani doktor, która powiedziała tylko, że wynik jest w porządku, zmiany łagodne. Wszystko ok, zgłosić się na kontrolę do poradni ginekologicznej. Ufff. Na szczęście wszystko łagodne.
Zadzwoniłam do swojego lekarza, czekając na korytarzu. Za chwilkę przyszedł i zerknął na moją kartkę. Potwierdził to co powiedziała poprzednia pani doktor że wszystko jest w porządku. Na rozpoznaniu miałam napisane: torbiel krwotoczna jajnika (prawdopodobnie endometrialna) oraz torbiel prosta i fragment wodniaka jajowodu… Trochę mnie to przeraziło! Jednak doktor uspokoił mnie mówiąc że to były cysty okołojajowodowe z dwóch stron i na pewno torbiel endometrialna, gdyż wylała się z niej krew. Popalił też ogniska endometriozy. W rozpoznaniu napisane było „prawdopodobnie endometrialna” ponieważ była mała, i może ciężko było im to dokładnie stwierdzić, a on wie co widział. I na pewno była to endometrioza, a fachowo mówiąc gruczolistość śródmaciczna.
Zatem witaj endomendo!
Najgorsze jest to że choroba nie jest do końca rozpoznana, nie wiadomo dlaczego błona śluzowa macicy, czyli endometrium jakimś cudem znajduje się poza jamą macicy, czyli jedynym odpowiednim miejscu, w jakim powinna się znajdować. Innymi słowy – u mnie endometrium zamiast opuścić mój organizm wraz z okresem, idzie z krwią w jego głąb i tam znajduje sobie nową lokalizację. Jeśli miejsce to będzie w jajnikach to z tego powstaną tzw. torbiele czekoladowe, czyli po prostu te ze starej krwi. Gdyż endometrium w innym miejscu niż macica zachowuje się tak jak normalnie, czyli złuszcza się. A że nie ma jak się stamtąd wydostać krew się gromadzi… Jeśli endometrioza znajdzie sobie miejsce w jamie brzusznej czy jajowodach też nie ma stamtąd żadnego ujścia dlatego mogą powstać zrosty, które oczywiście negatywnie wpływają na płodność. Jedna z teorii nazywa endometriozę „wsteczną menstruacją” :/
Podobno endomenda daje o sobie znać. Daje objawy. Niestety u siebie nigdy bym tego nie podejrzewała – dopóki nie pojawiła się torbiel, dopóki nie pojawiły się problemy z zajściem w ciążę, wszystko było ok. Obfitość okresu nie zbyt duża i długa, żadnych bolesnych miesiączek, na które nie działałyby tabletki, żadnych innych bóli, bolesnych stosunków, zaburzeń cyklu miesiączkowego. No nic, żadnych sygnałów od organizmu, że może być coś nie tak! Ale cóż, należę do tych około 10% „szczęśliwych” posiadaczek endometriozy… Co gorsza choroba nie znika, można organizm wprowadzić w stan menopauzy, więc wtedy się nie będzie rozwijać. Ale ja się staram o dziecko! Nie ma teraz mowy o leczeniu hormonalnym.
Mój ginekolog powiedział, że on nie stopniuje rozległości choroby, jednak powiedziałby że nie jest zbyt zaawansowana. Ale jest. W każdym miesiącu może też wrócić, tj. pogłębiać się. Znów na ekranie usg mogę zobaczyć torbiel. Znowu mogą porobić się ogniska endometriozy, które ulokują się gdzie chcą. A przecież nikt nie będzie mnie kładł na stół operacyjny co chwila.
Pragnienie posiadania dziecka jest wciąż duże i wciąż tak samo trudne. Ale żeby wyciszyć endomende wspaniałym lekiem byłaby ciąża. Można powiedzieć, że ciąża będzie najlepszym lekiem na wszystko. Na endometriozę, na moją głowę walczącą z myślami o niepłodności i bezpłodności, na to byśmy mogli tworzyć pełną rodzinę.
Zatem… ciąża potrzebna od zaraz!
P.S widział ktoś bociany? 😉
P.S 2 – opis choroby, który przedstawiłam, to tak ja rozumiem endometriozę, nie jest to żaden post medyczny, bo z medycyną mam tyle wspólnego co nic 😉



1 Comment
Rzeczowy artykuł! 🙂